Rzecz o misiu…

Nie, nie o misiu o bardzo małym rozumku.

Ale o misiu – słodkim, szarym, malutkim. Który mnie wykończył.

A miał on na imię Teddy. Zdaje się od Tadeusza. Mały był i wyraźnie potrzebował matczynej opieki. A w zalążku wyglądał następująco:

Tak, to zestaw do haftu krzyżykowego. Firmy Coats, z muliną od Anchor. Kolorów niewiele, hafcik pyci-pyci. Ale nie dajcie się zwieść! Bo on wielce podstępny, ten misiu, jest!

Wyglądał niewinnie, taki czysty, nieskalany. Tu w postaci pierwszej fazy, zen, kiedy wszystko szło sprawnie i powabnie. No prawie wszystko, bo jak pewnie zauważyliście, tu występuje bagatela siedem odcieni szarości, więc zez towarzyszył mi często, a zdarzyło się też prucie!

Taki niewyraźny jakiś, ale to efekt zamierzony, gdyż od tej chwili zaczęła się zabawa, a właściwie horror.

Ten słodziak dał mi dużo do myślenia – czy aby haft krzyżykowy to na pewno jedna z moich ulubionych technik rękodzielniczych.

Bo zaczęły się backstitche czyli te niepozorne kreseczki jakie nadają mdłemu haftowi urok i wyrazistość. O tej technice pisałam na poprzednim blogu, więc jak ktoś chce uświadomić innych jak się dzieją te niteczki to zapraszam do komentowania.

No o ten sierściuch miał naprawdę dużo kłaków. Tak dużo, że wyszywałam ten haft dwa tygodnie. Codziennie mając mniejszą ochotę, aby go kontynuować.

Jednak nie chciałam, aby Tadeusz wpadł do wora moich UFO-ków, których już dziesiątki. Więc przemogłam się. Pomógł też brak miejsca na odkładanie kolejnej roboty.

I wyrazisty, wyszyty w pocie czoła i przy zgrzycie zębów, częściowo sztucznych, powstał ON.

A żeby wpis nie wybrzmiał zniechęcająco, bo ja wszak mam zachęcać Was do rękodzielniczych uniesień, to rzeknę, że zestaw do haftu krzyżykowego z muliną był wyposażony pod korek, co oznacza, że z dołączonej muliny wyszyłabym jeszcze trzy takie miśki. Tylko kanwa była na styk.

No i przedstawiam go w pełnej krasie 🙂

Więc wiara, kupować zestawy! I wyszywać!!!

Zobacz również

Brak komentarzy